sobota, sierpień 08, 2020
   
Text Size

Wspominam Profesor Erzsébet Szőnyi (Wojciech Jankowski)

Profesor Erzsébet Szőnyi   W samym końcu grudnia (28) ub. roku zmarła w Budapeszcie Profesor Erzsébet Szőnyi, niezrównana znawczyni i propagatorka relatywnej metody kształcenia słuchu i w ogóle tzw. kodalyowskiego solfeżu. Piszę „tzw.”, gdyż solfeż, który w słynnej w świecie koncepcji muzyczno-edukacyjnej Zoltána Kodálya jest tylko jednym z jej fundamentów (obok śpiewu, zwłaszcza chóralnego i folkloru i specjalnie dobieranej muzyki). Był tyleż dziełem samego Kodálya co takich Jego współpracowników jak Erzsébet Szőnyi właśnie. Była Ona w pewnym okresie (studiów Akademii im. Liszta w Budapeszcie) jego uczennicą, by stać się również współpracowniczką w dziele propagowania, jako dyrygentka chórów, najwartościowszej muzyki chóralnej, w tym kompozycji Kodálya, przeznaczonych na chóry dziecięce. Jeśli chodzi o sam solfeż, to właśnie tym fundamentalnym dziełem, wydanym już w r. 1953, stało się 3-tomowe studium a zarazem podręcznik akademicki „Metodologia czytania i pisania muzycznego” (Musical Reading & Writing, wyd.1966, 1973.2003, Editio Musica, Bpest), w znanej w całym świecie wersji anglojęzycznej, w którym, ściśle według wskazań Mistrza, przedstawiła zasady zastosowania metody relatywnej (choć nie tylko) do nauki muzyki na wszystkich szczeblach i zakresach, od przedszkola do studiów wyższych. Co, nawiasem mówiąc stało się jedną z przyczyn utożsamiania koncepcji Kodálya z metodą (relatywną) kształcenia słuchu, odtąd zwaną właśnie „metodą Kodálya”. Nie całkiem trafnie, gdyż, po pierwsze, studium Erzsébet Szőnyi było przede wszystkim adaptacją i twórczym rozwinięciem różnych rozwiązań w tej dziedzinie, znanych i stosowanych w zasadzie od J.J. Rousseau (a nawet wcześniejszych, średniowiecznych, jak Guido z Arezzo), przez francuskich metodyków śpiewu, jak chociażby Galin – Paris – Chevé, niemieckich (F. Jöde, Agnes Hundoegger), przede wszystkim zaś Anglika Johna Spencera Curvena. Które to rozwiązania wykorzystał już w r. 1944, rzeczywiście z inspiracji Kodálya, węgierski metodyk śpiewu, Jenó Ádám, tworząc pierwszą węgierską „metodykę nauczania śpiewu w oparciu o system relatywnej notacji solfeżu”. W doborze materiału muzycznego korzystając nie tylko z jego wskazówek ale i pieśni. 

Czytaj więcej...

    Po drugie, do utrwalenia pojęcia „metoda Kodálya” przyczyniły się, bardziej niż wspomniane studium, tłumaczenia na języki obce autoreferatu - skrótu Studium „Musical Reading and Writing”, operujące zgrabną syntezą wielkiego i ważnego problemu zastosowania (m.in.) metody relatywnej w znacznie szerzej traktowanej pedagogice muzycznej, mającej na celu zarówno kształcenie słuchu (i słuchacza) jak i świadomego swego warsztatu pracy muzyka. Szczególne i pionierskie zasługi ale i wpływ na utrwalenie się pojęcia „metoda Kodalya”, ma tu PWSM w Katowicach, w której opublikowano ów autoreferat po polsku (por.: Erzsébet Szőnyi „Zarys metody Kodály’a” PWSM, Katowice 1979. Tłum. Alicja Słaboń, z wersji anglojęzycznej, wydanej w r. 1970 w Kecskemét: „A summary of the Kodály method”).

   Przede wszystkim jednak Studium-podręcznik Erzsébet Szőnyi (Metodologia czytania i pisania muzycznego) stał się, jak wspomniałem podręcznikiem akademickim i był podstawą Jej zajęć z solfeżu ze studentami wszystkich kierunków kształcenia, także zagranicznymi, w Akademii Liszta w Budapeszcie.

   Jako wieloletni wykładowca solfeżu w Akademii Liszta profesor Szőnyi uzyskała w węgierskiej i światowej edukacji muzycznej miejsce wyjątkowe. Stała się niejako, używając języka dzisiejszej polityki, „rzecznikiem” idei Kodálya, ich „twarzą”, najważniejszym arbitrem, gdy Mistrza zabrakło. Ale nie tylko na  tym, skądinąd mocnym fundamencie, opierał się Jej własny autorytet. Sama była znakomitym pedagogiem i cenioną kompozytorką. Także wieloletnią (od r.1964) działaczką węgierskiego i światowego ruchu na rzecz powszechnej edukacji muzycznej, skupionego w ISME – International Society for Music Education - którego, w latach 1970-74 była nawet wiceprzewodniczącą. 

Profesor Erzsébet Szőnyi   Za swoją działalność pedagogiczną ale przede wszystkim twórczość kompozytorską i aktywność społeczną była wielokrotnie nagradzana, by wymienić tylko dwukrotną nagrodę „Bartók- Pásztory (1995 i 2004), nagrodę im Kodálya (2001) oraz nadzwyczajnie licząca się Państwową Nagrodę Kossutha (2003). Otrzymała również honorowy tytuł Narodowego Artysty oraz stałe członkostwo Węgierskiej Akademii Sztuki. Od Boga czy Losu uzyskała też możliwość dożycia pięknego wieku lat 95.

   A była przy tym osobą życzliwą innym, z ogromnym poczuciem humoru. Ot, taką sobie, na pierwszy rzut oka, zwyczajną starszą panią, nauczycielką z inteligenckiego środowiska, w nieodłącznych okularach. Przynajmniej ja taką znałem i pamiętać będę Profesor Erzsébet Szőnyi.

   A poznałem panią profesor w pierwszej połowie lat 60-tych ub. wieku (1964-5?), gdy pierwszy raz znalazłem się w Budapeszcie, jako delegowany pracownik COPSA - Centralny Ośrodek Pedagogiczny Szkolnictwa Artystycznego - by poznać bliżej system kształcenia, a zwłaszcza powszechnego wychowania muzycznego na Węgrzech. Nie była to delegacja przypadkowa. Już od pewnego czasu sprawami tymi się zajmowałem, m. in. opublikowałem dwa studia o kształceniu nauczycieli muzyki dla szkół ogólnokształcących w naszym polskim szkolnictwie muzycznym. Rozpocząłem też pracę wykładowcy psychologii i pedagogiki ogólnej i muzycznej w PWSM w Warszawie. Węgry były w tym czasie świeżo po niezwykłych sukcesach, jakie uzyskały po międzynarodowym Kongresie ISME, który dopiero co odbył się w Budapeszcie (latem 1964). Na którym zaprezentowano założenia i pierwsze doświadczenia węgierskiej koncepcji wychowania muzycznego, zwane od początku kodalyowską, oraz sposoby kształcenia dla tych celów nauczycieli. Nic więc dziwnego, że zapragnąłem zobaczyć, na czym te sposoby polegają. Odwiedziłem kilka szkół ogólnokształcących („śpiewających” chyba jeszcze wtedy w Budapeszcie nie było?), byłem na próbach chórów dziecięcych tych szkół i w Budapesztańskim Radio, hospitowałem odpowiednie szkoły muzyczno - pedagogiczne w Budapeszcie, w końcu poprosiłem o możliwość odwiedzenia i hospitacji Akademii Muzycznej im. Liszta. Pamiętam, że o ile – wraz z tymi wizytami – rosło moje zdumienie i podziw dla poziomu muzycznego dzieci i konsekwentnie „trenowanych” umiejętności solfeżowych przyszłych nauczycieli, o tyle wizyty (chyba dwie) w Akademii Liszta to był mój wybuch entuzjazmu i zachwyt tym, co tam zobaczyłem i wysłuchałem. Sprawcą tego była profesor  Szőnyi, do której mnie skierowano i która, bez żadnych oporów a wprost przeciwnie, z zapałem, zabierała mnie na swoje zajęcia solfeżowe. I to na różnych kierunkach kształcenia - instrumentalnym, wokalnym, muzyczno-pedagogicznym. Na teoretyczno-dyrygenckim chyba nie byłem. W każdym razie ani w głowie ani w notatkach nic z tego mi nie pozostało. Może Pani Profesor wolała mnie za bardzo nie szokować?

   Wszystkie zajęcia były prowadzone po mistrzowsku (skąd my to znamy?), z nadzwyczajną dbałością o muzykalny śpiew (indywidualny i zbiorowy), z wykorzystaniem zarówno metody relatywnej jak i absolutnej. Pytana o to, Profesor powiedziała – jak pamiętam i zanotowałem w skrócie - że właśnie o to chodzi, bo przecież każda muzyka ma swoją stronę absolutną i relatywną. Swobodne obracanie się w niej, to jak prowadzenie samochodu. Trzeba widzieć ulicę, ruch i nawet przewidywać zamiary poszczególnych przechodniów. Ale równocześnie widzieć znaki, mieć w głowie cel i trasę jazdy oraz stosować się do reguł ruchu drogowego. Także uwzględniać polecenia i ruchy milicjantów. Co w tym jest absolutnego a co relatywnego – proszę sobie samemu odpowiedzieć.

   Co prawda jeszcze wtedy nie miałem i nie prowadziłem samochodu, ale zdałem sobie sprawę, że solfeż to rzeczywiście ważny klucz do muzyki a przekonanie się „na własne oczy i uszy”, że w tym sensie, to znaczy i relatywnym i absolutnym, jest on potrzebny każdemu muzykowi. A że nauczycielowi muzyki najbardziej – to przekonaliśmy się i dawaliśmy temu wyraz później niejednokrotnie, m. in. organizując Polsko-Węgierskie Seminaria (piętnaście, w latach 1983-2008). Inna sprawa, że już znacznie później, tj. nie bezpośrednio po wizycie u prof. Szőnyi, naszły mnie różne refleksje, nie tyle może na temat solfeżu ile tej użytej przez Panią Profesor analogii z prowadzeniem samochodu. O ile wydawała mi się ona świetna jako argument w bieżącej dyskusji z adwersarzem (którym zresztą nie byłem), to jako analogia właśnie nie daje się chyba do końca zaakceptować. Jak zresztą każda analogia.

   Później spotykałem prof. Szőnyi jeszcze wielokrotnie, m.in. w czasie udziału w kodalyowskich sympozjach międzynarodowych, ale już nigdy nie było mi dane widzieć Jej lekcji. Tamte z pierwszej wizyty stanowią mój kapitał wyobrażeniowy, szczególnie wysoko procentujący przynajmniej w tym zakresie. Ale nie było to jedyne spotkanie pamiętne.

Profesor Erzsébet Szőnyi   Jedno z następnych miało miejsce w Kecskemét, być może w czasie ustanawiania tamże Instytutu Kodálya (1975), albo nieco później. W każdym razie jeszcze w czasie gdy najlepiej mi znani Mihály Ittzés z żoną Katą mieszkali  w samym Kecskemét, w blokach gdzieś na obrzeżu miasta. Podobnie dyrektor Instytutu Péter Erdei z żona Idą. Tam również Instytut miał pokoje gościnne. Zostaliśmy w nich zakwaterowani, właśnie prof. Szőnyi i ja. Przedtem jednak zostaliśmy zaproszeni na kolację do Ittzesów. Na której zresztą byli również Erdei’owie. Był to na pewno miły wieczór, choć może nie za bardzo dla mnie. W najmniejszym bowiem stopniu składał się z komentowania tego co działo się w czasie oficjalnego naszego pobytu w Instytucie (dlatego pewnie nie pamiętam kiedy to dokładnie było i co to był za „event”), w największym - z dobrodusznego  plotkowania o Pani Kodály (Sárolta, Sári, którą wszyscy Węgrzy byli bardzo zaprzyjaźnieni). Przede wszystkim jednak wypytywano mnie o nasz warszawski Instytut Pedagogiki Muzycznej, którego byłem „świeżym” dyrektorem. Wszyscy państwo, na czele z prof. Szőnyi, byli zainteresowani jego statusem, planami, „kadrą”, stosunkiem władz Uczelni i ministerialnych. Starałem się odpowiedzieć na wszystkie pytania, co – zważywszy, że ta część rozmowy musiała być prowadzona w j. angielskim – sprawiało mnie niemały kłopot. Zwłaszcza, że rozmówcy dociskali mnie przeróżnymi fachowymi pytaniami, w których – na szczęście – przeważały kwestie związane z naukowym charakterem Instytutu. Tu się szybko okazało, że to ja w tej dziedzinie jestem bardziej zorientowany, a moi rozmówcy raczej o takim profilu jednostki uczelnianej w szkole muzycznej nie mają pojęcia. Powiedzmy otwarcie, byli w ogóle (choć nie wszyscy jednakowo) zdumieni, że coś takiego w „ościennym i bratnim” kraju zostało powołane. Ani Akademia Liszta w Budapeszcie ani Instytut Kodálya w Kecskemét nie miały w programie wydziałów ” ani innych komórek sensu stricto naukowych. Były całkiem skoncentrowane na możliwie najwyższym poziomie pracy artystyczno-pedagogicznej. Co najwyżej umożliwiały czy ułatwiały swym pracownikom rozwijanie takiej czy innej działalności naukowej, głównie historyczno-muzykologicznej, jak w przypadku prof. Mihaly Ittzésa na przykład (skądinąd dyrektora Biblioteki Instytutu Kodalya). Rozwiewanie rozmaitych wątpliwości na temat sensu „naukowości” naszego warszawskiego instytutu pewnie zaprowadziłoby nas na dalekie manowce, gdyby w pewnym momencie prof. Szőnyi nie powiedziała: ja już jestem bardzo senna a Pan Kolega z Warszawy na pewno bardzo zmęczony tym odbijaniem piłeczek na swój temat. Idziemy? Odprowadzi mnie Pan? A byliśmy zakwaterowaniu w bloku obok. Zerwałem się i powiedziałem: jeśli Gospodarze pozwolą. Pozwolili, przepraszali za zamęczanie mnie pytaniami o nasz warszawski Instytut, poszliśmy. Erdeiowie mieszkali „nad” Ittzes’ami, a więc z powrotem do domu nie mieli problemu.

   Gdy wyszliśmy, pani Szőnyi zapytała mnie: zajmujecie się badaniami naukowymi, ale czy ma pan jakąś specjalność muzyczną? Odpowiedziałem, że tak, jestem z wykształcenia muzycznego wokalistą. Och, to pięknie, to jest kierunek najbliższy solfeżowi i chóralistyce. A dochodziliśmy już do „naszego” bloku. Zapytałem:  Czy mogę, na dobranoc, opowiedzieć Pani Profesor znany u nas dowcip o wokalistach?”. O, koniecznie!

   Przed próbą do występu solistki – śpiewaczki z orkiestrą, dyrygent mówi: Nie ma jeszcze naszej Divy to wprowadźmy poprawki do partytury. Pierwsze skrzypce w takcie 22 mają oczywiście ges nie g, a drugie, w tym takcie ces nie c. W tym momencie wpada zadyszana śpiewaczka i woła: panie dyrektorze, jakieś poprawki? A na to dyrygent: nieee, pani jak zawsze.

   Pani profesor roześmiała się głośno. No. Będę miała nową anegdotkę na lekcje solfeżu z moimi wokalistami. Dziękuje bardzo.

   Miałem jeszcze co najmniej kilka spotkań z prof. Szőnyi, na Węgrzech, na sympozjach w Anglii i we Włoszech, ale poza miłym przywitaniem się, nie upamiętniły mi się w żaden inny sposób. Myślę, że tak powinno być. Profesor już za życia była pomnikiem „kodalyowskiego solfeżu”, a przecież z pomnikami się nie wchodzi w bliższe relacje. Podziwia się je, mając jak ja, szczęście, że w swym życiu miało się z wyobrażonymi na nich ludźmi chociaż kilka chwil czy momentów prawdziwej bliskości czy życzliwego z ich strony zainteresowania.

 

Wojciech Jankowski

3 lutego 2020 r.

Stowarzyszenie im. Zoltána Kodálya w Polsce
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
40-025 Katowice
ul. Zacisze 3
KRS: 0000337652

Zaloguj się