piątek, lipiec 20, 2018
   
Text Size

image image image image
Relacja z konferencji Kodály 2017 - tradycje muzyczne w rodzinie, edukacji i kulturze. (Ewa Cichoń)

Z

amieszczamy link do relacji z konferencji KODÁLY 2017, autorstwa Ewy Cichoń.        
Read the Full Story
Wakacyjna Akademia Kodályowska

S

zkolenie warsztatowe dla osób zainteresowanych wielopłaszczyznową pedagogiką muzyki.
Read the Full Story
Adwent

P

 iszę to opowiadanie w Adwencie 2015 roku, wracając  wspomnieniami do zmarłego niedawno (to znaczy we wrześniu 2013 r.) katowickiego przyjaciela, Czesława Freunda.  
Read the Full Story
Akademia Przedszkolaka

K

ażde dziecko warte jest najlepszej muzyki i najlepszych pedagogów. 
        Projekt edukacji muzycznej dla dzieci w wieku 2 do 6 lat. Akademia Muzyczna w Katowicach. Zapraszamy na zajęcia!
   
Read the Full Story

Stowarzyszenie im. Zoltána Kodálya w Polsce

Adwent

Refleksje Wojciecha Jankowskiego

P

 iszę to opowiadanie w Adwencie 2015 roku, wracając  wspomnieniami do zmarłego niedawno (to znaczy we wrześniu 2013 r.) katowickiego przyjaciela, Czesława Freunda.  


Żyję także pod wrażeniem jakże smutnej wiadomości o śmierci innego mojego przyjaciela, tym razem amerykańskiego profesora Edwina E. Gordona, który odszedł, jak to się pięknie mówi, na wieczną wartę, w dniu 4 grudnia. Ale o którym postaram się napisać innym razem (już napisałem, „Ed”). 

     Czemu tym smutnym okolicznościom śmierci dwóch przyjaciół i refleksjom, przynajmniej o Czesławie Freundzie, nadaję tytuł „Adwent”? Przecież okres adwentu jest w świecie chrześcijańskim raczej tradycyjnie i metafizycznie czasem radości, a przynajmniej radosnego oczekiwania na nadejście Mesjasza czy narodziny Bożego Dzieciątka! Jak już wspomniałem, przede wszystkim ze względu na czas, w którym dotarła ostatnio do nas wiadomość o śmierci Edwina Gordona; Eda, jak nazywały Profesora osoby zaprzyjaźnione. Ale, jeśli chodzi o  Czesława, sprawa ma się inaczej. Samo określenie Adwent już we mnie (podkreślam – we mnie) wywołuje tak silne skojarzenie z Czesławem, tak mocne wspomnienia, że nie sposób uporać się z nimi bez chociażby przelania ich na papier.

     A więc, jeśli chodzi o  mojego przyjaciela Czesława Freuda, spotykaliśmy się dość rzadko i raczej oficjalnie. Choć znaliśmy się od dawna, ściśle od 1982 r. gdy to razem (dosłownie, nawet dzieliliśmy pokój hotelowy) spędziliśmy cały miesiąc na Międzynarodowym Seminarium Kodalyowskim w Kecskemét, na Węgrzech, w Instytucie Kodálya (właśnie o tym napisałem w opowiadaniu „Ja też uczę”). Potem spotykaliśmy się w czasie Polsko-Węgierskich Seminariów Kodalyowskich, organizowanych co dwa lata, początkowo przez warszawską Akademię Muzyczną z pomocą Koła Kodalyowskiego Polskiej Sekcji ISME (Międzynarodowego Stowarzyszenia Wychowania Muzycznego), potem przez Akademię katowicką, od r. 2000 znów przez warszawską, by ostatnie, jak do tej pory, w r. 2011, zorganizowały znów „Katowice”. Podobnie, jak wcześniejsze, XIX Międzynarodowe Sympozjum, które odbyło się też w Katowicach, w roku 2009, choć początkowo i jeszcze wcześniej planowano je w Warszawie. Oczywiście, były i inne jeszcze okazje do spotkań z Czesławem, na przykład na organizacyjnym posiedzeniu Zarządu  nowoutworzonego Stowarzyszenia Zoltána Kodálya w Polsce, ale były to okazje bardziej incydentalne, więc je tu pomijam. Jedno z ostatnich natomiast, w r. 2012, nie było ani incydentalne ani przy okazji kolejnych Seminariów. Było przez Czesława w szczególny i  szczegółowy, Jemu właściwy, sposób zaplanowane.

     Otóż już na początku roku 2012 Czesław napisał do mnie list z propozycją poprowadzenia koncertu Jego Chóru Kameralnego Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach, w okresie przed Wielkanocą (29 marca 2012r), z okazji Dnia Węgierskiego i dla środowiska węgierskiego (i polskich sympatyków Węgier) na Śląsku, jak się okazuje dość licznego. Mającego tradycje sięgające czasów II Wojny Światowej, polskiej emigracji na Węgrzech, a podobno nawet jeszcze starsze. Koncertowi mieli patronować wspólnie Ewa Kopacz, Marszałek Sejmu (wówczas jeszcze) oraz Przewodniczący Węgierskiego Zgromadzenia Narodowego László Kövér. Zgodziłem się chętnie, choć nigdy przedtem koncertów nie prowadziłem (przynajmniej solo – raz chyba, na którymś z seminariów, zdaje się że w Gdańsku w r. 1996, wspólnie z mistrzynią takiej roli, naszą koleżanką i entuzjastką  Kodálya, Mirosławą Jankowską). Ale propozycja była nie tylko zaszczytna, co podkreśliłem w liście do Czesia, ale i miła. W programie koncertu, obok dzieł chóralnych kompozytorów współczesnych, polskich i obcych (m.in. Juliusz Łuciuk – trzyczęściowe Trzy baby, Józef Świder – Modlitwa do Bogarodzicy, Marcin Gumiela – Pater noster, Arvo Pärt – Bogorodice Djewo radujsia, Emmanuel Sejourne – również trzyczęściowe Book of Gams na chór i perkusję) miały być też m.in. dwa moje ulubione utwory chóralne Zoltána Kodálya: „Hymn do Św. Króla Stefana” (Ének Szent Istvan Királyhoz), w dodatku z moją, polską wersją słów, i przepiękny, Adventi ének czyli „Śpiew adwentowy” (tym razem z tekstem łacińskim – Veni, veni, Emanuel). Także dwie pieśni solowe Kodálya ze zbioru 62 pieśni na głos z fortepianem, z cyklu „Węgierska Muzyka Ludowa” (Magyar Népzene) - „Wśród dąbrowy” (Zöld erdőben) oraz „Zła żona” (A rossz feleség), również z moimi słowami. Przez wrodzoną hipokryzję, zapytałem Czesia – „dlaczego ja?”. „Bo w programie mamy kilka pieśni Kodàlya śpiewanych po polsku. Z twoimi słowami. Niech Węgrzy zobaczą a raczej usłyszą, że  Kodály równie pięknie jak w oryginale brzmi po polsku. I niech mają okazję poznać autora”. Czyż muszę dodawać, że zrobił mi tym prawdziwą przyjemność? I wkrótce potem nadesłał mi kilkustronicowy list, w którym szczepowo zaprezentował nie tylko swój chór i solistów ale także repertuar, kompozytorów itp. Nic, tylko prowadzić koncert.

     W związku oficjalnym jego charakterem i Wysokim Patronatem, który podkreśliło wykonanie, na wstępie, hymnów państwowych, polskiego i węgierskiego, swoje wprowadzenie do koncertu rozpocząłem nawiązaniem do genezy obu naszych „narodowych pieśni”. Jak ogólnie wiadomo (no, tego co dalej Czesio mi nie napisał!), polski hymn pochodzi z końca XVIII w. (1797), z czasów formowania się we Włoszech Legionów Polskich pod wodzą Generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Autorem nieśmiertelnych słów  Hymnu „Jeszcze Polska nie zginęła” (w oryginale … „nie umarła”) był Józef Wybicki, legionista, polityk i poeta, o czym na ogół wszyscy w Polsce wiedzą. Ale kto był autorem melodii? Nikt nie wie, prawdopodobnie była to popularna melodia ludowa o mazurkowym rytmie i charakterze. Stąd nazwa naszego hymnu „Mazurek Dąbrowskiego”.

     Nie wiem natomiast, powiedziałem, czy zwłaszcza polscy słuchacze wiedzą, że autorem muzyki do hymnu węgierskiego był rówieśnik Fryderyka Chopina (ur. 1810), Ferenc Erkel, wybitny kompozytor i pianista węgierski, twórca wspaniałych oper (nazywany czasami węgierskim Moniuszką), który był także pierwszym na Węgrzech, w Budapeszcie, wykonawcą Koncertu e-moll op. 11 Chopina (w r. 1835). Ferenc Erkel napisał muzykę hymnu w r. 1844 do słów z 1824 roku, również Ferenca Kölcseya, wielkiego węgierskiego poety a zarazem działacza ruchów niepodległościowych.

     Dalej, oczywiście, nie rozwodziłem się już o hymnach tylko z miejsca zapowiedziałem pierwsze pozycje programu: dwie pieśni Zoltána Kodálya, wspomniany „ Hymn do Świętego Króla Stefana” i „Pieśń Adventową” oraz bardzo popularną pieśń „Cantemus” (czyli „Śpiewajmy” innego wybitnego węgierskiego kompozytora Lajosa Bárdosa, nb. ucznia Kodálya). Do zapowiedzi pieśni dodałem jedynie zdanie (no, może takie trochę dłuższe) o Kodályu, jako nie tylko wielkim kompozytorze ale też twórcy znanej w świecie koncepcji muzyczno-edukacyjnej, propagującej śpiewanie chóralne, którą wspólnie z węgierskimi przyjaciółmi staramy się kultywować i popularyzować; a wykonanie jakże pięknego i popularnego „Świętego Stefana” przez Chór Kameralny Akademii będzie niemal symbolicznym wpisaniem się w te nasze wysiłki. 

     Zarówno wysoko pobudzony hymnami narodowymi nastrój pełnej sali jak i moje podekscytowanie z tytułu roli, jaką pełniłem, i zrozumiałej z tego powodu tremy, podkusiły mnie do jeszcze jednego zdania, mniej więcej takiego: „wykonanie „Pieśni Adwentowej” z kolei będzie harmonizować z dniami Adwentu, które właśnie, przed Wielkanocą, przeżywamy”. O ile poprzednia zapowiedź pieśni i Chóru wywołały burzliwe oklaski, po tej dodatkowej zapowiedzi zapanowała głęboka cisza, którą w pierwszej chwili przypisałem oczekującemu napięciu Sali. Dyrygent czyli Czesio już podnosił rękę by chór zaczął swoje, gdy nagle ktoś w tej ciszy powiedział wyraźnie i na całą salę: „ale Adwent to jest przed Bożym Narodzeniem”. Czesławowi ręka opadła a sala gruchnęła śmiechem. 

     No ale Dyrygent podniósł rękę (ręce) raz jeszcze i chór zaczął wzniosły i przejmujący „Hymn do  Świętego Króla Stefana”, które to wykonanie nie tylko zatuszowało poprzednią moją gafę czy pomyłkę (do dzisiaj nie wiem, skąd mi się wzięła), ale zdecydowanie wzniosło poprzeczkę nastroju. Chyba  jeszcze wyżej niż oba hymny narodowe. Dalej wykonane „pieśń Adventowa „ i „Cantemus” Bardosa (obie ulubione przez Czesława) też  były popisem sztuki chóralnej najwyższego lotu, a i koncert przebiegał do końca już bez przygód. Ze zrozumiałym wielkim sukcesem, brawami, bisami itp.

    W czasie wspaniałego po koncercie przyjęcia (prawdziwie węgierski gulasz będę zawsze wspominać), przepraszałem Czesława za ten „wielkanocny adwent”, próbując wytłumaczyć sobie źródło pomyłki (hipotez może tu być wiele, ale niech zatoną w niepamięci!). Czesław natomiast całkowicie sprawę zbagatelizował a nawet więcej – powiedział, że takie pomyłki tworzą legendę Zespołu i anegdoty do wykorzystania przy innych okazjach. I dał przykład, jego zdaniem jeszcze bardziej legendo - twórczy.  I to w dodatku też związany z „Pieśnią adwentową” Kodálya: wiele razy wykonywał  tę swoją ulubioną pieśń z błędem nutowym. Co rzeczywiście, przy jego muzycznej wrażliwości i perfekcjonizmie było rzeczą nie do pojęcia. Na błąd zwrócił mu dopiero uwagę nasz wspólny przyjaciel, prof. Mihály Ittzés z Instytutu Kodálya z Kecskemét. Gdy Czesio się zdumiał i powiedział, że to niewiarygodne, zwłaszcza, że to jego ukochana pieśń, Mihály,  śmiejąc się, skomentował to tak: „wad swojej ukochanej często się nie widzi”. 

     Dla porządku i dla utrwalenia tego tak ważnego dla mnie koncertu, o którym – jak miałem się ostatnio okazję przekonać – w Akademii Muzycznej w Katowicach się nie pamięta, brak też odpowiedniej dokumentacji, podam pełną jego obsadę wykonawczą, przepisaną z programu (który przynajmniej ja zachowałem):

 

Chór Kameralny Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego

Alicja Tasinkiewicz – mezzosopran

Bogusława Ciepierska – fortepian

Krzysztof Jaguszewski – perkusja

Aleksander Lasek – perkusja

Wojciech Jankowski – słowo o muzyce

Czesław Freund – dyrygent

 

                                                                                                                                           Wojciech B. Jankowski

Warszawa, 23 grudnia 2015 r. - 18 stycznia 2016r.

Odwiedza nas 10 gości oraz 0 użytkowników.

Stowarzyszenie im. Zoltána Kodálya w Polsce
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
40-025 Katowice
ul. Zacisze 3
KRS: 0000337652

Zaloguj się